Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
ZAMKNIJ X

Bajki J. de La Fontaine - treść lektury

Konik polny i mrówka.

        Niepomny jutra, płochy i swawolny,
        Przez całe lato śpiewał konik polny.
        Lecz przyszła zima, śniego, zawieruchy —

            Gorzko zapłakał biedaczek.
            "Gdybyż choć jaki robaczek.
            Gdyby choć skrzydełko muchy

    Wpadło mi w łapki... miałbym bal nie lada!"
    To myśląc, głodny, zbiera sił ostatki,

        Idzie do mrówki sąsiadki

            I tak powiada:

    "Pożycz mi, proszę, kilka ziarn żyta;
    Da Bóg doczekać przyszłego zbioru,
    Oddam z procentem — słowo honoru!"

        Lecz mrówka skąpa i nieużyta

            (Jest to najmniejsza jej wada)

                Pyta sąsiada:

            "Cóżeś porabiał przez lato,
            Gdy żebrzesz w zimowej porze?"
            "Śpiewałem sobie." — "Więc za to
            Tańujże teraz, nieboże!"



Kruk i lis.

        Bywa często zwiedzionym,

    Kto lubi być chwalonym.
    Kruk miał w pysku ser ogromny;

        Lis, niby skromny,

    Przyszedł do niego i rzekł: "Miły bracie,
    Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię!

        Cóż to za oczy!
        Ich blask aż mroczy!
        Czyż można dostać
        Takową postać?
        A pióra jakie!
        Szklniące, jednakie.
        A jeśli nie jestem w błędzie,
        Pewnie i głos śliczny będzie."

    Więc kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawił,
    Ser wypadł, lis go porwał i kruka zostawił.



Dwa muły.

    Drogą wśród lasu, ociężałym krokiem,

        Szły objuczone dwa muły.
        Jeden niósł wory z obrokiem,
        Drugi z pieniędzmi szkatuły.

    Dumny, że złoto dźwiga na swym grzbiecie,

        Chociaż się srodze umęczył,
        Nie przystaby za nic na świecie
        By go kolega wyręczył.

    Wtem, z głębi lasu, zbójców gromada

        Na muła wpada

    I do pieniędzy! Muł wierzga i bryka,
    Lecz wkrótce, mimo walecznej obrony,
    Upadł, śmiertelnym ciosem ugodzony.
    "Dlaczegoż — jęknął — los ten mnie spotyka?
    Takąż mych zasług nagrodę odbieram?
    Ten, z worem owsa, swobodnie umyka,

        A ja umieram!"

    "Braciszku — rzekł kolega — nieraz tak się zdarza
    Tym, co wysokie piastują godności:
    Gdybyś był służył, jak ja, u młynarza,
    I ty dotychczas miałbyś całe kości."



Pies i wilk.

        Jeden bardzo mizerny wilk — skóra a kości,
        Myszkując po zamrozkach, kiedy w łapy dmucha,

    Zdybie przypadkiem brysia Jegomości,
    Bernardyńskiego karku, sędziowskiego brzucha:
    Sierść na nim błyszczy gdyby szmelcowana,
    Podgardle tłuste, zwisłe po kolana.

    "A witaj, panie kumie!! Witaj, panie brychu!
    Już od lat kopy a was ni widu, ni słychu,
    Wtedyś był mały kondlik — ale kto nie z postem,
    Prędko zmienia figurę!

                Jakże służy zdrowie?"

            "Niczego" — brysio odpowie,

                I za grzeczność kiwnął chwostem.

    "Oj! oj!... niczego! — widać ze wzrostu i tuszy! —
    Co to za łeb — mój Boże! choć walić obuchem —

            A kark jaki! a brzuch jaki!
            Brzuch — niech mnie porwą sobaki,

                Jeżeli, uczciwszy uszy,

    Wieprza widziałem kiedy z takim brzuchem!"
    "Żartuj zdrów, kumie wilku; lecz mówiąc bez żartu,
    Jeśli chcesz, możesz sobie równie wypchać boki."
    "A to jak, kiedyś łaskaw?"

                "O tak — bez odwłoki

    Bory i nory oddawszy czartu
    I łajdackich po polu wyrzekłszy się świstań,
    Idź między ludzi — i na służbę przystań!"
    "Lecz w tej służbie co robić?" — wilk znowu zapyta.
    "Co robić? — dziecko jesteś — służba wyśmienita —
    Ot jedno z drugim: nic a nic!
    Dziedzińca pilnować granic,
    Przybycie gości szczekaniem głosić,
    Na dziada warknąć, Żyda potarmosić,
    Panom pochlebiać ukłonem,
    Sługom wachlować ogonem.
    A za toż, bracie, niczego nie braknie:
    Od panów, paniątek, dziewek,
    Okruszyn, kostek, poliwek,
    Słowem, czego dusza łaknie."

    Pies mówił, a wilk słuchał: uchem, gębą, nosem,
    Nie stracił słówka; połknął dyskurs cały
    I nad smacznej przyszłości medytując losem,
    Już obiecane wietrzył specyjały!

    Wtem patrzy... "A co to?" — "Gdzie?" — "Ot tu, na karku."
    "Eh, błazeństwo!..." — "Cóż przecie?" — "Oto, widzisz, troszkę
    Przyczesano — bo na noc kładą mi obróżkę,
    Ażebym lepiej pilnował folwarku!"
    "Czyż tak? pięknąś wiadomość schował na ostatku."
    "I cóż, wilku, nie idziesz?"

                    — "Co nie, to nie, bratku:

    Lepszy w wolności kęsek lada jaki
    Niźli w niewoli przysmaki" —
    Rzekł — i drapnąwszy, co miał skoku w łapie,

                Aż dotąd drapie!



Przymierze z lwem.

    Owca, koza, jałówka, trzy przemądre głowy,
    zawarły z lwem sąsiadem kontrakt tej osnowy:
    że odtąd, na rzecz spółki trudniąc się obławą
    każdy wspólnik do zysków jednakie ma prawo.
    Wkrótce potem w sieć kozy sarna się złowiła.
    Wierna umowie, po swych towarzyszy

        koza natychmiast posyła.

    Przybyli. Lew jegomość, wśród ogólnej ciszy,
    policzył na pazurach i rzekł: "Jest nas czworo

        i wszyscy równą część biorą;

    a więc się dzielmy". Rozćwiartował sarnę
    i rzecze znowu: "Pierwszą część zagarnę
    jako lew i wasz prezes; a z równą zasługą,
    prawem najmocniejszego zabieram i drugą.
    Część trzecią mi zapewnia męstwo znane w świecie;

        a czwartą... jeżeli chcecie,
        bierzcie; lecz przestrzec was muszę,

    że kto jej dotknie, wnet wyzionie duszę".