Niepomny jutra, płochy i swawolny,
Przez całe lato śpiewał konik polny.
Lecz przyszła zima, śniego, zawieruchy —
Gorzko zapłakał biedaczek.
"Gdybyż choć jaki robaczek.
Gdyby choć skrzydełko muchy
Wpadło mi w łapki... miałbym bal nie lada!"
To myśląc, głodny, zbiera sił ostatki,
Idzie do mrówki sąsiadki
I tak powiada:
"Pożycz mi, proszę, kilka ziarn żyta;
Da Bóg doczekać przyszłego zbioru,
Oddam z procentem — słowo honoru!"
Lecz mrówka skąpa i nieużyta
(Jest to najmniejsza jej wada)
Pyta sąsiada:
"Cóżeś porabiał przez lato,
Gdy żebrzesz w zimowej porze?"
"Śpiewałem sobie." — "Więc za to
Tańujże teraz, nieboże!"
Kruk i lis.
Bywa często zwiedzionym,
Kto lubi być chwalonym.
Kruk miał w pysku ser ogromny;
Lis, niby skromny,
Przyszedł do niego i rzekł: "Miły bracie,
Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię!
Cóż to za oczy!
Ich blask aż mroczy!
Czyż można dostać
Takową postać?
A pióra jakie!
Szklniące, jednakie.
A jeśli nie jestem w błędzie,
Pewnie i głos śliczny będzie."
Więc kruk w kantaty; skoro pysk rozdziawił,
Ser wypadł, lis go porwał i kruka zostawił.
Dwa muły.
Drogą wśród lasu, ociężałym krokiem,
Szły objuczone dwa muły.
Jeden niósł wory z obrokiem,
Drugi z pieniędzmi szkatuły.
Dumny, że złoto dźwiga na swym grzbiecie,
Chociaż się srodze umęczył,
Nie przystaby za nic na świecie
By go kolega wyręczył.
Wtem, z głębi lasu, zbójców gromada
Na muła wpada
I do pieniędzy! Muł wierzga i bryka,
Lecz wkrótce, mimo walecznej obrony,
Upadł, śmiertelnym ciosem ugodzony.
"Dlaczegoż — jęknął — los ten mnie spotyka?
Takąż mych zasług nagrodę odbieram?
Ten, z worem owsa, swobodnie umyka,
A ja umieram!"
"Braciszku — rzekł kolega — nieraz tak się zdarza
Tym, co wysokie piastują godności:
Gdybyś był służył, jak ja, u młynarza,
I ty dotychczas miałbyś całe kości."
Pies i wilk.
Jeden bardzo mizerny wilk — skóra a kości,
Myszkując po zamrozkach, kiedy w łapy dmucha,
Zdybie przypadkiem brysia Jegomości,
Bernardyńskiego karku, sędziowskiego brzucha:
Sierść na nim błyszczy gdyby szmelcowana,
Podgardle tłuste, zwisłe po kolana.
"A witaj, panie kumie!! Witaj, panie brychu!
Już od lat kopy a was ni widu, ni słychu,
Wtedyś był mały kondlik — ale kto nie z postem,
Prędko zmienia figurę!
Jakże służy zdrowie?"
"Niczego" — brysio odpowie,
I za grzeczność kiwnął chwostem.
"Oj! oj!... niczego! — widać ze wzrostu i tuszy! —
Co to za łeb — mój Boże! choć walić obuchem —
A kark jaki! a brzuch jaki!
Brzuch — niech mnie porwą sobaki,
Jeżeli, uczciwszy uszy,
Wieprza widziałem kiedy z takim brzuchem!"
"Żartuj zdrów, kumie wilku; lecz mówiąc bez żartu,
Jeśli chcesz, możesz sobie równie wypchać boki."
"A to jak, kiedyś łaskaw?"
"O tak — bez odwłoki
Bory i nory oddawszy czartu
I łajdackich po polu wyrzekłszy się świstań,
Idź między ludzi — i na służbę przystań!"
"Lecz w tej służbie co robić?" — wilk znowu zapyta.
"Co robić? — dziecko jesteś — służba wyśmienita —
Ot jedno z drugim: nic a nic!
Dziedzińca pilnować granic,
Przybycie gości szczekaniem głosić,
Na dziada warknąć, Żyda potarmosić,
Panom pochlebiać ukłonem,
Sługom wachlować ogonem.
A za toż, bracie, niczego nie braknie:
Od panów, paniątek, dziewek,
Okruszyn, kostek, poliwek,
Słowem, czego dusza łaknie."
Pies mówił, a wilk słuchał: uchem, gębą, nosem,
Nie stracił słówka; połknął dyskurs cały
I nad smacznej przyszłości medytując losem,
Już obiecane wietrzył specyjały!
Wtem patrzy... "A co to?" — "Gdzie?" — "Ot tu, na karku."
"Eh, błazeństwo!..." — "Cóż przecie?" — "Oto, widzisz, troszkę
Przyczesano — bo na noc kładą mi obróżkę,
Ażebym lepiej pilnował folwarku!"
"Czyż tak? pięknąś wiadomość schował na ostatku."
"I cóż, wilku, nie idziesz?"
— "Co nie, to nie, bratku:
Lepszy w wolności kęsek lada jaki
Niźli w niewoli przysmaki" —
Rzekł — i drapnąwszy, co miał skoku w łapie,
Aż dotąd drapie!
Przymierze z lwem.
Owca, koza, jałówka, trzy przemądre głowy,
zawarły z lwem sąsiadem kontrakt tej osnowy:
że odtąd, na rzecz spółki trudniąc się obławą
każdy wspólnik do zysków jednakie ma prawo.
Wkrótce potem w sieć kozy sarna się złowiła.
Wierna umowie, po swych towarzyszy
koza natychmiast posyła.
Przybyli. Lew jegomość, wśród ogólnej ciszy,
policzył na pazurach i rzekł: "Jest nas czworo
i wszyscy równą część biorą;
a więc się dzielmy". Rozćwiartował sarnę
i rzecze znowu: "Pierwszą część zagarnę
jako lew i wasz prezes; a z równą zasługą,
prawem najmocniejszego zabieram i drugą.
Część trzecią mi zapewnia męstwo znane w świecie;
a czwartą... jeżeli chcecie,
bierzcie; lecz przestrzec was muszę,
że kto jej dotknie, wnet wyzionie duszę".